Mam kolegę,
którego znam od liceum. Napisałabym "Mam przyjaciela...", ale nie
rozmawiamy od jakichś dwóch lat, kiedy to poznał kilka lat od siebie młodszą
dziewczynę i ona uznała mnie za zagrożenie. Tak bywa. Nie chcę pisać o żalu do
niej, chcę pisać o uczuciu do niego. Byliśmy świetnymi kumplami od samego
początku, związałam się z jego kolegą, potem on zakochał się w mojej
przyjaciółce z dzieciństwa... Był czas, kiedy przechodząc kryzys w swoim
związku, zakochałam się w nim... Tak po prostu, z dnia na dzień. Gdy zdałam
sobie z tego sprawę, racjonalnie odsunęłam go od siebie na kilka tygodni, żeby
ochłonąć i zdusić to zauroczenie w zarodku. Udało się, nadal kochałam swojego
partnera, przetrwałam to. Mijały lata, randkowaliśmy z innymi, zawsze mając w
sobie nawzajem wsparcie, czasem wychodziliśmy do kina, na spacer, na rolki.
Zawsze była między nami chemia, choć nigdy żadne nie wypowiedziało tego na
głos. Teraz jesteśmy daleko od siebie, ja jakiś czas temu przeszłam zawód
miłosny, on w przyszłym roku bierze ślub. Pewnie nie będę na nim gościem (nie
wiem, czy w ogóle chciałabym tam być) i pewnie dobrze mu w jego życiu i pewnie
nigdy nie było nam dane przeżyć "coś więcej", ale nieraz nachodzą
mnie myśli, "co by było, gdyby...". Co by było, gdybym zakorzeniła
się w jego rzeczywistości na tyle głęboko, że nie chciałby mnie usunąć ze
swojego życia, gdybyśmy któregoś wieczoru, gdy za dużo wypiliśmy, nie odsunęli
się od siebie na bezpieczną odległość, gdybyśmy mieli odwagę powiedzieć sobie,
z czym walczyliśmy. Tak się nie stało i chcę wierzyć, że nasze drogi biegną w
dobrze obranym kierunku, choć tak daleko od siebie.sobota, 21 listopada 2015
08. Bad timing.
Mam kolegę,
którego znam od liceum. Napisałabym "Mam przyjaciela...", ale nie
rozmawiamy od jakichś dwóch lat, kiedy to poznał kilka lat od siebie młodszą
dziewczynę i ona uznała mnie za zagrożenie. Tak bywa. Nie chcę pisać o żalu do
niej, chcę pisać o uczuciu do niego. Byliśmy świetnymi kumplami od samego
początku, związałam się z jego kolegą, potem on zakochał się w mojej
przyjaciółce z dzieciństwa... Był czas, kiedy przechodząc kryzys w swoim
związku, zakochałam się w nim... Tak po prostu, z dnia na dzień. Gdy zdałam
sobie z tego sprawę, racjonalnie odsunęłam go od siebie na kilka tygodni, żeby
ochłonąć i zdusić to zauroczenie w zarodku. Udało się, nadal kochałam swojego
partnera, przetrwałam to. Mijały lata, randkowaliśmy z innymi, zawsze mając w
sobie nawzajem wsparcie, czasem wychodziliśmy do kina, na spacer, na rolki.
Zawsze była między nami chemia, choć nigdy żadne nie wypowiedziało tego na
głos. Teraz jesteśmy daleko od siebie, ja jakiś czas temu przeszłam zawód
miłosny, on w przyszłym roku bierze ślub. Pewnie nie będę na nim gościem (nie
wiem, czy w ogóle chciałabym tam być) i pewnie dobrze mu w jego życiu i pewnie
nigdy nie było nam dane przeżyć "coś więcej", ale nieraz nachodzą
mnie myśli, "co by było, gdyby...". Co by było, gdybym zakorzeniła
się w jego rzeczywistości na tyle głęboko, że nie chciałby mnie usunąć ze
swojego życia, gdybyśmy któregoś wieczoru, gdy za dużo wypiliśmy, nie odsunęli
się od siebie na bezpieczną odległość, gdybyśmy mieli odwagę powiedzieć sobie,
z czym walczyliśmy. Tak się nie stało i chcę wierzyć, że nasze drogi biegną w
dobrze obranym kierunku, choć tak daleko od siebie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Każdy się zastanawia w pewnym momencie co by było gdyby...Ba ! Z każdym rokiem wiemy co byśmy zrobili inaczej. Sam coraz częściej zdaję sobie sprawę ile rzeczy spieprzyłem i już tego nie mogą odwrócić. Trzeba się jednak wziąć w garść i iść dalej, szukając tych radosnych chwil...
OdpowiedzUsuń